2011-12-09 09:15:53 Redakcja am24.pl
Tymi badaniami, z udziałem naukowców z całego świata, kierowali Hiszpanie.
Na koniec postanowili opublikować swoje odkrycia, i to ni mniej ni więcej, ale na łamach szacownego czasopisma "Science". Pochwalili się stworzonym przez siebie chipem, który miał umożliwiać monitorowanie czynności tysięcy genów i enzymów jednocześnie, dając obraz, który mógłby być bardzo pomocny w diagnostyce i leczeniu chorób nowotworowych. Kilka miesięcy później czasopismo zwróciło się do uczonych, by wycofali swój artykuł, zgodnie z zaleceniem komisji etyki Najwyższej Rady Badań Naukowych (CSIC). To największe upokorzenie, jaka spotkać może naukowca.
Czy mamy tu do czynienia z mistyfikacją? - My nie wdajemy się w takie oceny - twierdzi przewodniczący komisji Pere Puigdomenech. - Zawarte w tekście naukowym wnioski muszą być oparte na wynikach opisanych w publikacji eksperymentów. Z tego, co widzimy, w tym przypadku nie przedstawiono wystarczającej liczby danych ani nie zostały one w wystarczającym stopniu zweryfikowane, aby uzasadnić tego rodzaju wnioski. Ten artykuł w ogóle nie powinien zostać opublikowany. Zawiódł system kontroli przed oddaniem do druku.
Można by uznać, że to drobiazg. Jest to jednak trudna do zmazania plama na karierze kierującego badaniami naukowca z CSIC, Manuela Ferrera i pozostałych osób, które podpisały się pod wnioskami zawartymi w artykule, naukowców z Uniwersytetu w Bangor w Wielkiej Brytanii i z Instytutu Helmholtza w Niemczech. Przyjęcie artykułu do druku przez jedno z najpoważniejszych czasopism, takich jak "Science", to wielkie osiągnięcie, oznacza bowiem wejście do grona najlepszych. To nie tylko kwestia zaspokojenia próżności i ambicji czy chęci kontaktu z elitami naukowymi w danej dziedzinie. Taka publikacja oznacza również większe szanse na finansowanie kolejnych badań: oznacza szczytowy moment w karierze naukowca.
Wycofanie artykułu to przeciwległy biegun. CSIC wciąż nie podjęła decyzji, jak postąpi w tym przypadku; wiele osób broni Manuela Ferrera, między innymi laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, Richard Roberts, który twierdzi, że ten chip naprawdę działa. Inni uważają, że powodem całego zamieszania była po prostu niewłaściwa komunikacja. Tymczasem jednak środowisko naukowe nie ukrywa swych wątpliwości.
Tutaj zasady są, przynajmniej na pozór, jasne i surowe. To, co nie zostało opublikowane, nie istnieje. A w publikacji trzeba wyjaśnić prawie wszystko, w najdrobniejszych szczegółach, tak, aby inni badacze mogli eksperyment powtórzyć. Zabronione jest powielanie danych, wymyślanie ich lub wykorzystywanie cudzych osiągnięć... Ale naukowcy są również ludźmi i też czasami oszukują.
W 2005 roku opublikowano wyniki ankiety wysłanej do 7000 badaczy z dziedziny biomedycyny (prawie połowa z nich zgodziła się odpowiedzieć na zawarte w niej pytania). Jedna trzecia respondentów przyznała się, że świadomie manipulowała danymi uzyskanymi w badaniach. Naukowcy robili to z próżności, w wyniku różnych nacisków, aby zdążyć w wyznaczonym terminie, "a także dlatego, że w nauce, tak jak wszędzie, zdarzają się też ludzie nieuczciwi" - twierdzi epidemiolog Antoni Trilla ze szpitala Clínic. Jeśli dane się zgadzają, takie nadużycie może pozostać niezauważone - przyznaje Antoni Trilla. Zdemaskowanie tych domniemanych dowodów naukowych zajmuje zwykle dużo czasu. Wnioski badań w sprawie Wakefielda, które w tak dużym stopniu wpłynęły na ruch przeciwko szczepieniom i na ponowne rozprzestrzenienie się odry, niegdyś właściwie wykorzenionej, dopiero po wielu latach zostały obalone, a ich autor został zdyskredytowany.
Ludzie nauki są dumni ze swego systemu kontroli. Ocenia się, że kiedy jakieś badania przejdą już przez drobiazgowe filtry liczących się czasopism naukowych, prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z oszustwem, wynosi od 0,1 do 1 procenta.
Każdy artykuł poddawany jest ocenie specjalistów z danej dziedziny i dopiero potem zostaje przedstawiony szerszemu gronu czytelników. - To najlepszy mechanizm, jaki opracowano, filtr, przez który nie mają szans przejść doniesienia poparte jedynie dogmatami - wyjaśnia Jordi Bascompte, ekolog z CSIC i członek rady wydawniczej pisma "Science". - Kiedy jedno z tych czasopism publikuje jakieś interesujące odkrycia, natychmiast na całym świecie pojawia się piętnaście zespołów badawczych, które pracują nad tym samym tematem, gotowych zdyskredytować owe wyniki, przeanalizować je w najdrobniejszych szczegółach i powiedzieć głośno: to nie działa. To najsurowszy system oceny - zapewnia Bascompte.
Owszem, mogą się zdarzyć błędy, "ale 80 lub 90 procent takich przypadków jest wykrywanych znacznie wcześniej niż zostaną opublikowane" - utrzymuje naukowiec. Kiedy czasopismo wycofuje publikację, jak to było w sprawie Wakefielda w tym roku, zwykle nie jest to zwykły błąd: -Tutaj mieliśmy do czynienia z pożałowania godną praktyką - uważa Bascompte.
Bo w nauce, jak zapewniają badacze, błędy przyczyniają się do poznania prawdy. - Wszystkie istotne odkrycia zostały zweryfikowane po latach. Okazuje się, że w 70 procentach publikacji pojawiają się błędy i rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Tutaj wszyscy są odpowiedzialni za postęp i kontrolę, a samo środowisko naukowe, czyli koledzy po fachu, jest ostatecznym arbitrem.
| Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany. Bądź pierwszy – dodaj komentarz! |
|